wtorek, 1 listopada 2011

Wycieczka do TVP w Warszawie

Przygoda z Warszawą w tle
Po wszystkich śnieżycach i zlodowaceniach udało się nam dotrzeć do Warszawy. Straciliśmy wielu ludzi, ale opłacało się! Takie rzeczy i cuda, można było spotkać tylko tutaj!

            Początki nie były proste. Miał być teatr i Centrum Nauki Kopernika, i to w grudniu, a wyszło Muzeum Chopina i ks. Jerzego Popiełuszki, i to w marcu. Przeszkodą były śnieg, zawieruchy i… niezdecydowanie uczniów. Między listopadem a marcem wykruszyło się ich wielu, a i tak najbardziej smędzili Ci co zostali. W sumie wyjechała wielka horda dziewczyn i… jeden chłopak.  Jednak jak widać-po wielu trudach i znojach udało się. I co dziwne- każdy wrócił bardzo zadowolony!
                Wyjechaliśmy koło za piętnaście szósta, i już od początku drogi każdy był ożywiony i zaczynał dyskusje, wymienianie co kto ma z żywności i nie tylko… Gwar ten trwał do okolic jedenastej, kiedy to dotarliśmy do celu. Pierwszą „atrakcją” był kościół pw. św. Stanisława Kostki na ulicy Hozjusza 2. Tak, właśnie tam, gdzie mieści się Muzeum Błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki. Muzeum, trzeba przyznać, dość zgrabnie zrobione. Nowoczesność łączy się z akcentami PRLowskimi, dodatkowo czteroosobowy zespół tworzący projekt ekspozycji ma też w sobie coś z poetyczności. Zachowany też jest porządek, dzięki któremu nawet po pobieżnym przeglądnięciu się wystawie można wiele zapamiętać. Muzeum ogląda się dość sprawnie i szybko, ale i z niekłamaną przyjemnością i ciekawością.
            Po powrocie do autobusu każdy wziął się z apetytem za drugie śniadanie i pojechaliśmy niemal na sam zachód Europy! O, tak, drodzy Czytelnicy, podjechaliśmy na Woronowicza, ale trochę za wcześnie- chociaż wiele dziewcząt uważa iż w sam raz. W sumie co innego miały powiedzieć, kiedy przyszło nam czekać pół godziny z bardziej lub mniej przystojnymi Hiszpanami. I to jakimi! Niemal cały czas prawili nam komplementy powtarzając: „Piękne kobiety”. (Nie)stety przyszedł czas pożegnania i wyruszenia na podbój TVP.
            Dwóch wesołych panów (nr  1- przewodnik od pytań i podpowiedzi; nr 2- od gawędy, dowcipów i komplementów) wzięło nas pod swoje skrzydła i wprowadziło najpierw do redakcji TVP Sport. Niestety akurat było nagranie na żywo, więc nie wpuścili nas do najmniejszej salki nagrań, ale widzieliśmy za to jak pan Włodzimierz Szaranowicz tam wchodził. Następnie przeszliśmy do innej Sali, gdzie nakręcane są m.in. zapowiedzi programów. Tam jeden z przewodników zakomplementował dziewczęta na śmierć, napomykając co i rusz iż nie ma żadnej, której by kamera nie kochała i że wszystkie są piękne, a ja  w tym czasie sobie pokręciłam je ową kamerą- co później w ślad za mną zrobiły i inne rozentuzjazmowane kobietki. Co w sumie było naprawdę świetne i gdyby nie drugi pan skutecznie wybijający nam to z głów, pewnie większość z nas zostałaby kamerzystkami. Z tej też sali przez szybkę obejrzeliśmy reżyserkę  i w niej siedzącą smutną panią z kawą, która to chyba miała jakiś nudniejszy dzień.
            Następnie poszliśmy zobaczyć rzecz skrajnie inną- największą halę. Kręci się tam m. in. „Jaka to melodia?” a dawniej np. „Śpiewające fortepiany”. Bez dekoracji i ludzi wyglądała po prostu jak normalna hala, a któraś z dziewczyn porównała ją nawet do budowlanej. Staliśmy tam chwilę, słuchając o montażu. Dowiedzieliśmy się, że jeden, 45minutowy  pogram kręci się przez dziewięć dni- ku mojemu zaskoczeniu dość duża ilość osób była zszokowana tym faktem, jak i tym, iż zazwyczaj stosowany jest playback bądź półplayback.  Po szybkim rzucie oka na fortepian z programu „Jaka to melodia?” uciekliśmy do…. tylko „ciiii!”….
            A teraz zdradzę Wam tajemnicę, o której nie może się dowiedzieć kierownik pewnego działu, pewnej telewizji. Byliśmy w sali, gdzie nagrywana jest  „Kawa czy herbata?”. Staliśmy tuż przy drzwiach, bo nie można było wejść dalej, ale i tak zrobiła na nas wielkie wrażenie (nawet sufit z wielką ilością lampek, kamer itp.). Nowoczesna kuchnia, biała dekoracja z wycięciami i niemal szklana podłoga robiły piorunujące wrażenie. A gdy się jeszcze dołoży do tego widok z 35. piętra Pałacu Kultury i Nauki na telebimie… ojć, nawet nie wiem co wtedy mówił pan nr 1, za to postanowiłam w tej bieli zrobić sobie zdjęcie z panem nr 2. I nawet weszliśmy tam dalej, tam, gdzie to było zakazane! Niestety, zdjęcie wyszło niewyraźne, mam szczerą nadzieję, że reszcie dziewcząt, robiące to samo minutkę później, wyszły znakomicie.
             Przy następnej „atrakcji” TVP przewodnik poprosił, aby się nie zgubić, tak jak to zrobiła wcześniejsza, męska grupa.  A cóż to za sala? Ha! Moi drodzy- z nagrań dla dzieci, dodatkowo z dekoracją. Tu nikt nic nie mówił, bo każda z wycieczkowiczek od razu zaczęła się rzucać; to na wielką truskawkę, to na statek piracki, czy pseudo-magiczny domek. Początkowo czułam się niezręcznie nie znając wcześniej tego programu, ale dekoracja była tak bajkowa, iż również nie mogłam wytrzymać.  O tak, każda czuła się jak w wesołym miasteczku, i mogła by tam zostać jak najdłużej. A jakie tam były sesje zdjęciowe, ojejku… Pytacie co to za program? Proszę państwa- „Domisie”! Tak się jakoś złożyło, że udało mi się, wraz z kilkoma innymi dziewczynami, złapać jeszcze Tomasza Gęsikowskiego, a jak szliśmy na korytarz widzieliśmy Domisie w …barze.
            Tą szaloną przygodę w TVP zakończyliśmy wizytą w „Pytaniu na śniadanie” oraz w Muzeum TVP-Historia Telewizji Polskiej. Przy Muzeum parę osób już wymiękło z nadmiaru wrażeń i w ramach relaksu zrobiło sobie sesję zdjęciową przy ściance z nazwą telewizji, reszta natomiast udała się do, moim zdaniem, interesującego i fajnego muzeum, nazwanego bardzo doniośle, ale tak naprawdę jest to nieduża ekspozycja, taka swojska i na temat.
W środku znajdziemy pacynki przedstawiające Jacka i Agatkę – bohaterów jednej z pierwszych dobranocek, kamery, przy pomocy których od lat 50. ubiegłego wieku rejestrowano programy w studiach Telewizji Polskiej, zaprojektowany przez Adama Słodowego stojak pod plansze, na których umieszczano czołówki oraz nazwiska twórców programu. Jest licząca sobie niemal 60 lat kamera studyjna, zaprojektowana i rzemieślniczą metodą wykonana dla potrzeb powstającej wtedy telewizji. Zobaczyć można używany podczas nagrań reporterskich magnetofon, nakręcany… korbką. Zarejestrowano na nim wywiad z Marleną Dietrich, gdy w 1964 roku wystąpiła w Sali Kongresowej w Warszawie. Są też fragmenty scenografii, projekty kostiumów do spektakli Teatru TV, archiwalne zdjęcia pokazujące pracę przy tworzeniu programów oraz wielkie gwiazdy sprzed lat. Zobaczyć też można reporterskie kamery, używane jeszcze 10 lat temu. A to i tak nie koniec! Na telewizyjne muzeum składa się około 200 eksponatów spośród ponad 500, jakie udało się uchronić przed zapomnieniem w telewizyjnych magazynach lub zniszczeniem. Mimo to muzeum naprawdę jest malutkie, i naprawdę jest ciekawe i wciąga. Plusem jest też to, że ekspozycja jest nowa- muzeum zostało otwarte w listopadzie 2010 roku.
Inicjatorem zgromadzenia i zaprezentowania tego, co od kilku dziesięcioleci tworzyło historię TVP, jest operator filmowy Hubert Waliszewski, który opowiedział iż starał się, by w sali stanowiącej muzeum znalazł się nie tylko sprzęt używany przez operatorów, montażystów, w studiach i podczas nagrań w terenie, ale też dusza ludzi, którzy telewizję tworzyli. Ogólnie pan Hubert ma bardzo dobrotliwy wyraz i był ogromnie miły dla nas. Opowiadał to co chciał nam przekazać, nawet jeśli w danym momencie ktoś go nie słuchał.  Opowiadał o początkach muzeum, o tym co chciałby dzięki temu osiągnąć, mówił dużo, ale cicho… Jak skromny człowiek z pasją, ot co.  Pan Waliszewski rozpoczął gromadzenie zbiorów 11 lat temu. – Koleżanka montażystka, odchodząca na emeryturę, przyniosła mi sklejarkę do taśmy filmowej – mówił. – Będę się starał uruchomić i pokazywać jak najwięcej sprzętu. Chciałbym stworzyć dzieciom i młodzieży szansę, by poznała tę technikę, aby wiedzieli, że w kinie oglądają film z projektora, że do rejestracji obrazu i dźwięku używa się taśmy. – mówi twórca muzeum. Dodam jeszcze tylko, że w tym muzeum wtajemniczeni dowiedzieli się po kim dostała imię pani profesor Alina Ziętek-Salwik.
Tym jakże miłym akcentem zakończyliśmy obchód TVP. Pożegnaliśmy się uściskiem dłoni z panami i głodni wpadliśmy do autobusu. Po posiłku akurat dojechaliśmy na Tamkę. Tu mogę tylko napisać, iż grupa poszła do Muzeum Chopina. Muzeum super nowoczesnego, przez co, moim subiektywnym zdaniem, zagubił się w tej technice sam Chopin ze swoją muzyką. Jedyne co, powtarzam -moim zdaniem, jest tam godne uwagi to lekko mroczne podziemia, takie z klimatem, gdzie można w słuchawkach odsłuchać kompozycji Chopina patrząc nawet w nuty oraz… pokoik dla dzieci, który  cieszył się wielkim zainteresowaniem wśród wycieczkowiczów. Było   kilkanaście głosów  zachwyconych. 

                Cała grupa zaraz po Muzeum Chopina pożegnała trzy dziewczęta zostające w Warszawie, które… zaraz znów powitała, gdyż zapomniały torebek. Gdy powróciła radość już na wszystkie twarze, autobus zajechał pod Złote Tarasy-punkt kulminacyjny.  Tam właśnie rozpierzchła się cała wycieczka do wieczora. A o 19 już tylko wejście do autobusu i nastała spokojna noc… A chcecie znać prawdę? Oglądaliśmy dwa filmy „Ostatni taniec” oraz „Dwa tygodnie na miłość”, cały czas ktoś dyskutował, plotkował, a wybuchy i salwy śmiechu trwały do samego końca. Nie będę mówić o jedzeniu, bo dziś, kiedy to piszę, jeszcze wszystkich bolą brzuchy…

                A więc do następnej wycieczki-

Katarzyna Ragan



               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz